Pan Zbigniew z Zielonej Góry od lat zaopatruje się latem w drewno do kominka na zimę, ale tegoroczny zakup mocno go zaskoczył. Zamówił 20 metrów sześciennych dębiny i zapłacił za całość 7400 zł. Jednak po dostawie zaczął mieć poważne wątpliwości, czy otrzymał to, za co zapłacił. Jego zdaniem przywieziono niecałe 12 kubików, a dodatkowo wśród drewna znalazły się m.in. brzoza, sosna, olcha i klon.
Problemem okazał się również rozmiar dostarczonych kawałków. Zamiast przygotowanych do kominka polan o długości około 40 cm klient otrzymał duże kłody, które trzeba jeszcze pociąć, ponieważ nie mieszczą się w jego urządzeniu. Pan Zbigniew twierdzi, że z całej dostawy do palenia nadaje się około 9 kubików i szacuje swoją stratę na około 3200 zł. Podkreśla, że cena 370 zł za kubik nie była wyjątkowo niska, skoro rok wcześniej w innej firmie płacił 350 zł za dębinę.
Mężczyzna od trzech tygodni próbuje skontaktować się ze sprzedawcą i dopomina się zarówno brakującej części zamówienia, jak i wyjaśnienia całej sytuacji. Jak relacjonuje, za każdym razem słyszy inną wersję – raz ma czekać na kolejny transport, innym razem dowiaduje się o chorobie pracownika lub o tym, że jego zamówienia nie ma w systemie. Pan Zbigniew twierdzi również, że nie otrzymał rachunku za zakup.
Próbowano skontaktować się z osobami odpowiedzialnymi za ogłoszenie, ale bezskutecznie. Jeden z numerów rozłączał połączenia, a pod drugim udało się krótko porozmawiać, po czym kontakt został zerwany i później włączała się już tylko poczta głosowa. W ogłoszeniu nie podano nazwy firmy ani jej adresu, nie zamieszczono też żadnych opinii klientów. Na tę chwilę sprawa pozostaje niewyjaśniona.


