w

Prawie 18 godzin na SOR-ze. Matka twierdzi, że szpital zapomniał o jej synu

We wtorek około godz. 13:00 Wrocławianka przyjechała z chorym synem Marcinem na SOR przy ul. Borowskiej. Z jej relacji wynika, że na pierwszą konsultację czekali do godz. 16:00, a następnie po badaniu laryngologicznym mieli czekać na neurologa. Kobieta twierdzi, że kolejne godziny spędzili na korytarzu, bez informacji o tym, kiedy zostaną ponownie wezwani.

Jak opisywała w mediach społecznościowych, sytuacja nie zmieniła się aż do północy. Około godz. 00:30 sama podeszła do personelu, aby sprawdzić, dlaczego nikt nie wzywa jej syna. Wtedy dowiedziała się, że w dokumentacji zaznaczono jego nieobecność, mimo że przez cały czas razem czekali w szpitalu.

Matka opublikowała wpis około godz. 4:30 nad ranem, opisując zmęczenie swoje i syna oraz wielogodzinne oczekiwanie na konsultację neurologiczną. Podkreślała, że dziecko było osłabione i głodne, a ona sama musiała upewniać się, czy pacjent nie został pominięty. Ostatecznie rodzina opuściła SOR przed godz. 7:00, po niemal 18 godzinach od przyjazdu.

Szpital przedstawił jednak inną perspektywę dotyczącą przebiegu wizyty. Rzeczniczka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Jadwiga Witek poinformowała, że wykonano wszystkie niezbędne czynności medyczne, a ich rozłożenie w czasie pozwoliło wykluczyć zagrożenie życia i następnie wypisać pacjenta do domu. Przyznała jednocześnie, że komunikacja z rodziną mogła być niewystarczająca, szczególnie jeśli chodzi o przewidywany czas oczekiwania.

Tej nocy SOR przy ul. Borowskiej przyjął około 200 pacjentów, w tym osoby wymagające natychmiastowej pomocy. Szpital przekazał, że w pierwszej kolejności zajmowano się przypadkami bezpośredniego zagrożenia życia, a Marcin po pierwszej konsultacji został skierowany do dalszej diagnostyki.

Matka poinformowała, że złożyła skargę do Rzecznika Praw Pacjenta i zamierza również skontaktować się z Dolnośląską Izbą Lekarską.

Zgłoś

Co o tym myślisz?

Legenda

Napisane przez Spotted.pl

Lata członkostwaAutor wpisówLubi oceniać

Dodaj komentarz

19 komentarzy

  1. Ale to nie jest nic dziwnego tam tak to działa. Ja swego czasu mialem stan zapalny w stawie lokciwoym 2 razy pojechałem i zostalem opluty ze po co ja im dupe zawracam za 3 razem w ciągu 6 dni jak pojechałem to juz trafiłem na ostry dyżur bo stan zapalny doszedł do tego stopnia ze przez wysoką temperaturę nie kontaktowałem ze światem wtedy dopiero łaskawie sie zainteresowali.po tej sytuacji spędziłem 2 tygodnie na oddziale na antybiotykach dozylnych bo nie bylem wstanie wyprostować ręki w łokciu.

  2. Byłam z narzeczonym tam tego samego dnia o podobnej godzine przywiozła go karetka z podejrzeniem wrzodów żołądka i zagrożeniem życia. Od początku było wiadomo że potrzebuje gastroskopii. Do godziny 1 w nocy siedział na korytarzu i jedyne co mu dali to kroplówka i przeciwbólowe. Cały oddział śmierdział jak stodoła ale nic dziwnego że nie ma czasu i miejsca na leczenie młodych ludzi skoro szpital bardziej skupia się na leczeniu meneli i emerytów którzy są już w połowie na tamtym świecie.

Atak dzika na warszawskim osiedlu. 36-latkę wyrzuciło w powietrze

„Nadodrzanka” coraz bardziej uciążliwa. Mieszkańcy żądają remontu i końca wiecznego hałasu