W Sądzie Okręgowym w Zielonej Górze rozpoczął się proces dotyczący śmierci 46-letniego Marcina z Puław, który został zaatakowany przez owczarki należące do byłego policjanta i właściciela pobliskiej strzelnicy. 46-latek wybrał się do lasu podczas postoju na parkingu, ale nie wrócił z wyprawy.
Prokuratura zarzuca Piotrowi M. spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego śmiercią i znęcanie się nad zwierzętami. Oskarżony nie przyznaje się do winy, a jego partnerka, Joanna, zapowiada, że będzie uczestniczyć w rozprawach, choć każda z nich będzie dla niej bolesnym przeżyciem.
Do tragedii doszło rok temu, gdy niepilnowane owczarki zaatakowały kierowcę w lesie. Według nieoficjalnych ustaleń mężczyzna przez ponad godzinę był gryziony, a mimo ciężkich obrażeń zdołał zadzwonić pod numer alarmowy 112. W rozmowie dramatycznie prosił o ratunek, informując, że psy „zjadają go żywcem” i że wykrwawia się w lesie niedaleko autostrady.
Joanna nie może zrozumieć, dlaczego właściciel zwierząt miał przez tak długi czas nie zauważyć ich nieobecności ani nie zareagować na wołanie o pomoc.
Gdy dyżurny policji skontaktował się z Piotrem M., mężczyzna ruszył na poszukiwania i po pięciu minutach odnalazł rannego. Zabezpieczył psy, ale wezwanie karetki pozostawił policjantowi. Według relacji partnerki Marcina nie przyniósł mu nawet wody, choć ten o nią prosił.
Ratownicy musieli dotrzeć do niego przez trudny, leśny teren. Stan mężczyzny był bardzo ciężki. Był wyziębiony i miał liczne rany. Pomimo kilkudniowej walki lekarzy o jego życie obrażenia okazały się zbyt rozległe. 46-latek zmarł.
Podczas procesu obrońcy Piotra M. wnioskowali o ponowne rozpatrzenie sprawy przez prokuraturę, ale sąd odrzucił ten wniosek. Oskarżony złożył obszerne wyjaśnienia, podkreślając swoje przywiązanie do owczarków i doświadczenie w ich hodowli. Jego obrońca sugerował, że psy mogły wydostać się na zewnątrz w wyniku działania osób trzecich, wskazując na przeciętą siatkę. Ponadto przekonywał, że ewentualne zaniedbanie mogło być nieumyślne.
Joanna domaga się jednak kary adekwatnej do czynu i liczy, że sprawa stanie się ostrzeżeniem dla osób, które nie zabezpieczają niebezpiecznych zwierząt.


