Kraków szykuje się do wprowadzenia SCT, ale zamiast poprawy jakości życia rodzi się poczucie bezprawia, ekonomicznej dyskryminacji i totalnej inwigilacji. Od 2026 r. system kamer będzie automatycznie rejestrował każdy wjazd i wyjazd auta z miasta, co wielu mieszkańców odbiera jako naruszenie prywatności.
Największe oburzenie budzi jednak podział na „uprzywilejowanych” krakowian i kierowców spoza miasta – ci pierwsi mogą jeździć nawet starszymi autami, podczas gdy przyjezdnym narzucono znacznie ostrzejsze normy.
Miasto mówi „ekologia”, ale ludzie widzą głównie pieniądze i chaos. Strefa obejmie niemal cały Kraków i wprowadzi brutalne wymagania bez zapewnienia realnych alternatyw transportowych. Co gorsza, objęto nią większość parkingów Park & Ride, a komunikacja miejska nie została wzmocniona – zamiast tego straszy się podwyżkami biletów.
Mieszkańcy oszukani, a winnego nie ma
Najbardziej boli jednak to, że wielu mieszkańców i pracujących w Krakowie zaufało wcześniejszym przepisom. Kupili auta zgodne z dawnymi normami SCT, często za kredyt lub oszczędności życia. I nagle dowiedzieli się, że zmieniono zasady dotyczące samochodów. Okazało się, że te osoby, które się dostosowały, wyrzuciły pieniądze w błoto.
Sytuację pogłębia bałagan prawny, przeciągające się batalie sądowe i polityczny ping-pong między władzami Krakowa, Urzędem Marszałkowskim, Wojewodą i politykami PiS. Nikt nie chce wziąć odpowiedzialności, a mieszkańcy mają wrażenie, że państwo działa przeciw nim. W tle pojawia się widmo radykalizacji – inspiracją staje się ruch „Blade Runners”, który w Wielkiej Brytanii niszczy kamery kontroli aut. Scenariusz ten może stać się rzeczywistością w Krakowie.


