Wrocław przygląda się zapomnianej infrastrukturze z czasów II wojny światowej i rozważa jej ponowne wykorzystanie. Chodzi o poniemieckie schrony i ukrycia, które kiedyś miały chronić ludność przed bombardowaniami. Urzędnicy analizują dziś ich stan techniczny, aby sprawdzić, czy mogą znów pełnić podobną funkcję.
Miasto nie wskazuje jeszcze konkretnych lokalizacji, ale potwierdza, że trwają przeglądy techniczne obiektów. W działania zaangażowane są m.in. straż pożarna oraz nadzór budowlany. Dopiero po ich zakończeniu zapadnie decyzja, czy schrony nadają się do ponownego użytku. Władze podkreślają, że to dopiero początek całego procesu.
Eksperci nie mają złudzeń – sytuacja nie wygląda dobrze. Historyk architektury militarnej dr Stanisław Kolouszek wskazuje, że Wrocław praktycznie nie posiada dziś publicznych budowli ochrony zbiorowej. Dawne schrony i szczeliny przeciwlotnicze są zaniedbane i nie spełniają współczesnych standardów. W wielu przypadkach wymagają gruntownej modernizacji.
Na terenie miasta istnieje około 30 takich obiektów, które kiedyś mogły pomieścić od kilkudziesięciu do stu osób każdy. Choć mogą chronić przed falą uderzeniową czy odłamkami, ich obecny stan pozostawia wiele do życzenia. Co więcej, część z nich została lata temu wykreślona z ewidencji i dziś jest pomijana w oficjalnych analizach. To efekt wieloletnich zaniedbań i braku strategii.
Przykłady pokazują skalę problemu. Pod Placem Nowy Targ znajduje się ogromna przestrzeń o powierzchni około 1200 metrów kwadratowych, przykryta grubym, bomboodpornym stropem. Dziś jednak miejsce to jest zalane wodą i praktycznie niedostępne. Podobnych lokalizacji w mieście jest więcej, ale wszystkie wymagają inwestycji.
Problem ochrony ludności jest jednak szerszy niż same schrony. Eksperci zwracają uwagę na brak zabezpieczonych centrów zarządzania kryzysowego. W razie poważnego zagrożenia mogłoby to sparaliżować działania ratunkowe.
Na tę chwilę Wrocław dysponuje miejscami w schronach dla zaledwie około 7 proc. mieszkańców.


