Do władz Zielonej Góry trafiło pismo dotyczące pobytu trzech młodych mężczyzn pochodzących z Erytrei w noclegowni przy ul. Bema. Z dokumentu wynika, że zostali oni przyjęci w marcu w trybie interwencyjnym. Do placówki mieli zostać przyprowadzeni przez przedstawicielkę fundacji współpracującej z miejskimi służbami społecznymi. Sprawa szybko wywołała kontrowersje i pytania o procedury.
Autorzy pisma zwracają uwagę na brak potwierdzenia tożsamości tych osób. Jak podkreślono, ani Straż Graniczna, ani ambasada Erytrei w Berlinie nie potwierdziły ich danych. W związku z tym pojawiły się obawy o bezpieczeństwo pracowników noclegowni oraz przebywających tam osób bezdomnych. Sytuacja została uznana za potencjalnie ryzykowną.
W dokumencie zaznaczono również, że placówka nie jest przygotowana do obsługi osób przebywających w Polsce nielegalnie. Noclegownia działa w oparciu o konkretne przepisy i umowę z miastem, obejmującą osoby bezdomne. Podkreślono także rosnące koszty związane z utrzymaniem dodatkowych osób, w tym wydatki na żywność czy media. Pojawiła się obawa, że podobne przypadki mogą się powtarzać.
Autorzy pisma ostrzegają, że w dłuższej perspektywie noclegownia może zostać wykorzystana jako miejsce stałego pobytu dla cudzoziemców o nieuregulowanym statusie. Wskazano również na przepisy ustawy o pomocy społecznej, które określają, kto może korzystać z tego typu wsparcia. Zdaniem autorów obecna sytuacja wykracza poza te regulacje.
Sprawa nabrała także wymiaru politycznego. Przedstawiciel Konfederacji Krystian Pacholik zarzucił radnej Koalicji Obywatelskiej Joannie Liddane, że miała doprowadzić do umieszczenia migrantów w placówce. W swoim komentarzu odniósł się również do wcześniejszych sporów wokół polityki migracyjnej w mieście. Na ten moment władze Zielonej Góry nie przedstawiły oficjalnego stanowiska w tej sprawie.


